sobota, 21 listopada 2009

wczoraj...

Poznałam niesamowitą kobietę, która przechodząc kryzys wieku średniego, zrobiła listę rzeczy, które chciałaby zrobić jeszcze w swoim życiu...Jedną z nich było: wziąść lekcję śpiewu. Powiedziała nauczycielce o tej liście i jeżeli ona stwierdzi, że jej głos się nie nadaje- to wykreśli spiew z listy. To było 3 lata temu, a wczoraj słuchając jej historii i śpiewu przeniosłam się do magicznego świata- świata w którym wszystko jest możliwe, bo może nie odkryte, uśpione talenty-na zawsze mogą zmienić nasze życie...hmmm, niesamowicie inspirująca czarnoskóra kobieta zachęciła mnie do realizowania marzeń:)
zachęcam do posłuchania Debbie Davis :)))) http://www.myspace.com/debbiedavismusic

poniedziałek, 9 listopada 2009

sobota, 31 października 2009

Nocny wypad do Portobello


 
Pięknie i romantycznie...

piątek, 30 października 2009

na Zielonej Wyspie każdy ma parasol:)

Jestem już w krainie wiecznego deszczu i szkockiej kraty... dotarłam w środę w nocy, po szalonej podróży z Białegostoku do Poznania... dlaczego szalonej? Hmmm...w środę o świcie mój brat przywiózł mnie i Elę na dworzec w Białymstoku, skąd miałyśmy jechać do Poznania na lotnisko... i wszystko byłoby dobrze, gdyby  na tablicy wyświetlającej  ODJAZDY  bylo napisane: POZNAŃ, ale nie było. Więc wsiadłyśmy do pociągu na peronie pierwszym, mój brat zapakował walizy na półki i kiedy zajęłyśmy miejsca, coś mnie tkneło żeby zapytać pani siedzącej obok- czy to pociąg do Poznania. Pani zdziwiona pytaniem, odpowiedziała, że absolutnie nie, że ona jedzie do Sczecina...więc zaczełysmy pytać dalej i nim się zorientowałyśmy stałyśmy już przed pociągiem z walizami i plecakami- napewno nie był to nasz pociąg, ale gdzie był nasz? Ruszyłyśmy więc w pogoń z walizami, plecakami, torbami i laptopami  na inny peron... Niestety kiedy wbiegłyśmy na odpowiedni peron- pociąg zaczął ruszać i nie pomogło moje wołanie: "Proszę zatrzymać pociąg, niech pan coś zrobi!!! proszę zatrzymać pociąg!!! Ale pan "pociągowy" oświadczył, że zrobić już nic się nie da i przez chwilę stałyśmy z żalem patrząc za naszym jedynym bezpośrednim, odjeżdzającym pociągiem. Po chwili zadumy (nie zdenerwowania!)  poszłyśmy do kasy po nowe bilety.

Na lotnisku okazało się, że mam nadwage, ale nie ja, tylko moja walizka, więc zaczeło się wypakowywanie i przepakowywanie wszystkiego. Sympatyczny podróżny, który też przepakowywał (i nie on jeden) powiedział mi, że on już ma dwie pary spodni na sobie i zastanawia się, co by tu jeszcze na siebie włożyć... idąc za jego radą poszłam do łazienki wciągnać na siebie jeszcze jedną parę spodni, dwie koszulki, dwie bluzy... dwóch par butów niestety się nie udało. Ale za to wygładałam jak Miś Puchatek i było mi naprawdę ciepło. :)) Stwierdziłam jednak, że Polak zawsze wie jak się dostosować do sytuacji. I takim oto sposobem doleciałam szczęśliwie i z większą ilością ubrań do Edynburga :)) gdzie czekała na mnie niespodzianka, czyli kolega, którego przybycia zupełnie się nie spodziewałam.

Na Zielonej Wyspie każdy ma parasol, zaopatrzyłam się odrazu pierszego dnia, po tym jak zmokłam do suchej nitki. Myślę, że będe miała całą kolekcje parasoli, już szukam różowego w białe grochy ;)))

piątek, 23 października 2009

podejście do tortu numer 3;)

Na początku miał byc zdrowy, pyszny i orzechowy... TORT z mojego nowego nabytku - książki z przepisami na zdrowe propozycje. Zapowiadał się całkiem ciekawie...



nadzienie...
ale...
nastąpiła nieoczekiwana zmiana planów, kiedy wszystkie składniki zlepiły się w jedna wielką dziwną,
"zdrową ?" i trudna do określenia masę...
i tak oto zaczął powstawać bardziej tradycyjny, zupełnie nie zdrowy, kaloryczny gigantyczny TORT
przedstawiam warstwę pierwszą ;)

warstwa daktylowa

warstwa orzechowa

warstwa owocowa
a do tego wszystkiego masa waniliowa
 
Miałam wiernego rudego towarzysza moich wypieków,
który siedząc na krześle przyglądał się
wszystkiemu, z nadzieją, że też coś będzie z tego miał ;)))


piątek, 16 października 2009

...tydzień temu w Poznaniu ♥♥♥♥♥


Piękna i oryginalna Panna Młoda :)



Kontrastowa Pani Ela (świadkowa;)


Dama bez łasiczki ;)

środa, 14 października 2009

jeszcze o Serbii...

Co w Serbii mnie zaskoczyło? :) To kraj, w którym tradycje są bardzo mocno pielęgnowane. Oto lista ciekawostek:

- imię dla dziecka nie jest wybierane przez jego rodziców biologicznych, tylko rodziców chrzestnych
-niektóre ulice, są tak wąskie, że mieści się tylko jedno auto
-oznaką bogactwa są domki budowane na cmenarzach (na grobach), w których są stoły i inne przedmioty.
-kawa  "po turecku" jest podawana w ładnych, lecz malutkich filiżankach i nalewa sie tylko 3/4 filiżanki

-herbaty się nie pije i trudno znaleść ja w sklepach
-rower  to podstawa, każdy go posiada i wozi na nim dosłownie wszystko np. 20 kg papryki
-serbski przysmak to "burek" -polecam:)
aha... no i oczywiście, w modzie męskiej -króluje róż :)))

niedziela, 4 października 2009

w drodze

Do Serbii jechaliśmy przez Słowację i Węgry, z noclegiem w Suboticy. Po drodze mieliśmy kilka ciekawych zdarzeń. Odwiedziliśmy znajomą Panią na Słowacji, która miała oczko wodne z ogromnymi rybami:)

Nocleg już po serbskiej stronie był o tyle ciekawy, że moglam zobaczyć coś, co sie nazywa "oszczędne zagospodarowanie przestrzeni" w przydrożnym moteliku, czyli łazienka 3 w jednym... wcześniej widziałam to tylko na zdjęciach z Hong Kongu


Za to drugi dzień był fascynujący. Pojechaliśmy na farmę, gdzie zrywaliśmy z drzew przepyszne nektarynki, brzoskwinie i winogrona.



Po niesamowitej wizycie w "rajskim ogrodzie" ruszyłysmy już tylko z Milenką w dalszą podróż do Leskovca.
Na pewnej stacji okolo 100km na północ od Belgradu, podeszły do nas dwie dziewczyny z Polski podróżujące stopem po Bałkanach... Wracały już do Polski i szukały transportu :) Zaskoczyła nas ich odwaga, kiedy opowiadały o Kosowie i innych miejscach, które odwiedziły. Niestety nie było im po drodze z nami, ale stwierdziły, że i tak się zabiorą z nami do Belgradu, bo już dwa dni spędziły na stacji śpiąc na krzesłach...

Dojechałysmy do celu w błyskawicznym tępie...

po powrocie z Leskovca...

Po spędzeniu 16 dni w Serbii, mój personalny GPS wskazuje znów wschodnią część Polski. Dawno mnie na blogu nie było z prostego powodu, że internet w Serbii, to niezły wypas dla elity ;))). Dlatego, żeby sprawdzić maile czy facebooka, łapaliśmy internet pod sklepem lub chodziliśmy do Caffe Ruppa na caffe i nie tylko. Ruppa po serbsku znaczy dziura, choć do "dziury" to Ruppie daleko. Całkiem miłe miejsce z dość interesującymi ludźmi, pod warunkiem, że zna się serbski, bo serbowie, po angielsku rozmawiać nie lubią.


piątek, 11 września 2009

Serbia 2009

Tak właśnie!!! Zupełnie niespodziewanie zaskoczyła mnie możliwość spędzenia tygodnia w Serbii :) Propozycja nie do odrzucenia dla uzależnionego podróżnika.... więc jadę odwiedzić starych, dobrych znajomych! Foty i relację z wyjazdu zamieszczę po powrocie :)))

środa, 9 września 2009

Brazylijskich opowieści część trzecia

Guaramirim & Masaraduba 6.11.06
Z rana byłyśmy z Paulą na zakupach, kupiłyśmy mnóstwo brazylijskiej czekolady, kawy i herbaty. Niestety nie mogłyśmy się porozumieć z tubylcami w żadnym nam znanym języku. Wszędzie pytałyśmy: Do u speak english? Po polsku? Parlewu france? Razgawarywajesz na ruskom jazykie? Espaniol? I co?! I nic! :) Wniosek-Brazylijczycy nie uczą się języków... Ale i tak Polski (tzn. staropolski) był częściej spotykany niż np. Angielski. Więc zamiast sklepowych przyjemności postanowiłyśmy podziwiać krajobraz w Guaramirim.
W malowniczo położonym miejscu w górach mieszka pewien wytwórca namiotów o imieniu Marcio.
Namioty są wykorzystywane do celów ewangelizacyjnych w Brazylii i Argentynie. Niesamowite miejsce.

A tutaj kilka ujęć jego rodziny:)

I urocza brazylijska starsza Pani...


...a to jest śmieszny owoc, który widzieliśmy obok domu Marcio...

UWAGA... owoc nazywa się: "Siu-Siu" :))

A na koniec dnia, w pokoju czekała na nas mała niespodzianka...tuż przy drzwiach, piękna, dorodna, uśmiechnięta i wpatrzona w nas.... ŻABA :)
taka jak ta;)

niedziela, 6 września 2009

Rainia & Joinville

5listopada 06 dzień drugi... Zaczeliśmy naszą wyprawę misyjną od małego Kościółka w Rainia i już na pierwszym spotkaniu podczas śpiewania straciłam głos i trudno mi było nawet rozmawiać.
To był mój pierszy kontakt z Brazylijczykami. Jak bardzo różnią się od Polaków, ich temperamet, energia i charyzma przypominały mi czarnoskóre kościoły Gospel w Toronto.
Następne spotkanie mieliśmy w Joinville.
Po powrocie do domu Edwardo, zobaczyliśmy człowieka siedzącego na dachu. Zaskoczeni jego obecnością usłyszeliśmy hiostorię Edwardo, jak to kilka miesięcy temu został napadnięty przez uzbrojonych mężczyzn w jego własnym domu!!! Jednak w niesamowity sposób Bóg ochronił jego życie.
Tym razem Edwardo wynajął prywatnego ochroniarza na czas kiedy tam byliśmy i to on siedział na dachu czuwając przez całą noc.

Ech Brazylia! :)

Z Pamiętnika o Brazylii...

Moja przygoda z Brazylią ropoczeła się 4 listopada, 2006 roku. Wylądowalismy na lotnisku w San Paulo o godzinie 11 rano czasu lokalnego. Mój długo oczekiwany wyjazd do Brazyli w końcu stał się rzeczywistością. W tym prawie 20 milionowym mieście, wszystko wydawało się egzotyczne, nowe, ciekawe, ekscytujące...Jest to największe i najnowocześniejsze miasto w Brazylii. Słynie z wielkich drapaczy chmur, ale także z różnorodności etnicznej. Zostawiając kanadyjską jesień daleko za sobą, wyszliśmy z lotniska mile zaskoczeni pięknym słońcem. Czekał juz na nas 20 0s0bowy bus.

Mieliśmy do przejechania 570 km. do domu pastora Edwardo i jego żony Ester do Araquari. Po drodze zatrzymaliśmy się w restauracji O'Caipirao, gdzie zajadalismy pyszne smażone banany, coś wspaniałego! :)
Razem z Paulinką, moją nową koleżanką z Francji podziwiałyśmy piękne tereny.